Moldova, welcome to!

Natłok obowiązków sprawia, że jestem tutaj ostatnio rzadziej. Trochę mi głupio, bo dzieje się naprawdę dużo. Ciężko powiedzieć, czy to się zmieni w najbliższym czasie. Na pewno mniejsza liczba wyjazdów pozwoli ogarnąć dotychczasowe eskapady. Dlatego bez zbędnego tłumaczenia się, zapraszam na krótką notkę i set zdjęć! 😉

Zanim opowiem Wam o największym kraju, w jakim byłem, przedstawiam fotorelację z innego miejsca. Z państwa, które niesamowicie mnie zaskoczyło. Klimatem, otwartością, swojskością. Atmosfera tego kraju przypomina mi dzieciństwo. Błogość, spokój, wieczna zabawa, wyzwania i wszelkiego rodzaju beztroskie psoty. Podczas tego krótkiego wyjazdu czułem się jak dzieciak. Dzieciak puszczony w świat. Tak bardzo ubóstwiam to uczucie. To już chyba uzależnienie.

Choć minął zaledwie jeden dzień od powrotu, już kombinuję, jaka kolejna wyprawa mogłaby dostarczyć podobnych wrażeń. Kraje postsowieckie mają coś w sobie. Zakochałem się w Kirgistanie, Kazachstanie. Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa, Estonia również zapisały się dobrze w mojej pamięci. Gdy myślę o kolejnej destynacji (brr, co za słowo :)), najpierw do głowy przychodzą mi Armenia, Azerbejdżan, Gruzja, Uzbekistan, Turkmenistan, Tadżykistan, a dopiero później Malediwy czy Tajlandia.

Ciężko to określić, ale lubię ten wschodni sznyt. Tę słowiańskość. Wspomnianą prostotę. Naturę. Bezczelność. Czasami chamstwo. Dreszczyk emocji. Nieprzewidywalność. I gdy tylko mogę jechać na wschód – ciągnie mnie tam o wiele bardziej niż na ułożony i grzeczny zachód. Może to właśnie ta słowiańska dusza?

W Mołdawii byłem niespełna 2 dni (w zasadzie nieco ponad jeden pełny). Odwiedziłem miasto stołeczne Kiszyniów oraz Milestii Mici, Ohrei, Ohrei Vechi oraz Cricovą. Poruszałem się marszrutkami (śmiesznie tanio) oraz stopem (bez niego nie odwiedziłbym tylu miejsc w tak krótkim czasie). Pogoda piękna, ludzie pomocni, nieskażeni turystyką. Krajobrazy cudowne – sielskie, z pozoru niczym niewyróżniające się, ale niesamowicie kojące. Tylko takich podróży życzę Wam i sobie. 🙂

Informacje praktyczne:

Na miejscu niewiele osób mówi po angielsku. Można dogadać się za to bez problemu po rosyjsku.

Kiszyniów, gdy świeci słońce jest ciekawym (wspominałem, że mam słabość do postsowieckich klimatów, prawda?), bardzo zielonym miastem. To również doskonała baza wypadowa do krajowych atrakcji.

1 lei mołdawski (MLD) = ~ 0,2 PLN. Ceny mołdawskie dzielimy zatem przez 5. Ceny są zbliżone do polskich lub niższe. Transport jest śmiesznie tani. Mowa tu także o taksówkach, z tych jednak nie korzystałem.

  • Dojazd na/z lotniska marszrutką nr 165: 3 MLD. Przystanek znajduje się za postojem dla taksówek. Po wyjściu z lotniska kierujemy się na prawo. Transfer na Gare de Sud trwa około 30 minut. Tyle samo kosztuje poruszanie się komunikacją na terenie miasta i bliższych okolic. Im dalej tym cena nieznacznie rośnie.
  • 1,5 l wody: 8 MLD
  • Lampka wina w przyzwoitej restauracji: 17 MLD (!!!)
  • Narodowe dania kuchni mołdawskiej tamże: 40-80 MLD
  • Zwiedzanie winiarni w Cricovej: 410 MLD w weekendy, 310 MLD w dni powszednie. Tour trwa 1,5 h, jest w różnych wersjach językowych. Rosyjskie dosyć często, angielska bodajże 2-3 x dziennie. Spieszyłem się na samolot, więc odpuściłem degustację win. Wersja z nią jest droższa i dłuższa.

W razie pytań, komentarze są Wasze. Tymczasem: Moldova, welcome to!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s