Czym jest chemia?

Nie oglądam dramatów, melodramatów, filmów zawierających wątki romantyczne. Ba, ostatnio – poza nielicznymi horrorami czy thrillerami – praktycznie w ogóle nie śledzę nowinek ze świata kinematografii. Tym bardziej zdziwiłem, gdy kilka godzin temu poczułem, że chcę zobaczyć coś ciekawego. Tak w sam raz na 1,5 godziny. Co więcej, miałem ochotę na polskie kino.

Przeczesując kolejne podstrony w popularnym serwisie, nie jestem w stanie natknąć się na film z notą wyższą niż 7. Zdaję sobie sprawę z tego, że jesteśmy narodem przesiąkniętym malkontenctwem, jednak bez przesady. Przecież to kino nie może być aż tak fatalne! Nie lubię polegać na opinii innych (choć czasami zdarza mi się to robić), więc bez problemu wybieram wbrew obiegowym ocenom. Ciągle jednak nie mogę znaleźć czegokolwiek, co zaintryguje mnie od pierwszego wejrzenia. Mijają podstrony, minuty – może jednak pójdę spać? W końcu trafiam na coś. „Chemia”, średnia ocena – 6,3. Nota nie jest tutaj jednak istotna. Wystarcza mi jedno zdanie opisu.

Niezwykła miłość dwójki młodych ludzi balansujących na granicy życia i śmierci.

W tych kilku słowach jest tyle emocji, pasji, wrażliwości, piękna, że nie mogę się oprzeć. Pomimo późnej godziny – zaczynam seans.

Pierwsze sceny są fenomenalne. Jest mocno, dynamicznie, w powietrzu czuć, że coś się dzieje. Momentalnie przenosimy się do czasów, gdy miłość rozgrzewa najmocniej, ma największą siłę, tę niesamowitą intensywność, która rozkłada nas na czynniki pierwsze. Chcemy chwytać każdą chwilę, bo nigdy w życiu nie czuliśmy się tak szczęśliwi (albo było to tak dawno, że zapomnieliśmy!). To wszystko trwa 15 minut. 15 minut. A dalej? Nie mogę spoilerować. Napiszę, więc jedynie, że kolejne minuty są… tylko lepsze. Wystukuję kolejne wyrazy tego tekstu świeżo po seansie i… nie chcę go „recenzować”, opisywać, interpretować. To jeden z tych filmów, które trzeba przeżyć sam ze sobą, być może również z kimś bliskim. Zaufajcie – warto. Tak bardzo cieszę się, że akurat tym razem (po raz pierwszy!) nie szukałem filmu filtrując gatunkami. 🙂 W przeciwnym wypadku NIGDY nie obejrzałbym dramatu obyczajowego po północy.

***

Na szczególną uwagę zasługuje genialny soundtrack. Jestem audiofilem-amatorem. Gdy słyszę muzykę, która gra w mojej duszy, momentalnie przenoszę się do innej czasoprzestrzeni. Pobudzam zmysły, stymuluję podsuwane bodźce. Muzyka potrafi mnie rozkleić do cna. Z jednej strony rozebrać ze wszystkich emocji, obezwładnić; z drugiej natomiast – przyodziać w zbroję i zagrzać do walki. Tak, to tak zwana wrażliwość. Intensywne połączenie ze światem dźwięków jest zapewne efektem tysięcy godzin spędzonych na poznawaniu przeróżnych stylów muzycznych. Dlaczego o tym wspominam? Bo niezwykle rzadko podczas filmów fabularnych jestem w stanie naprawdę przenieść się do innego świata. W przypadku „Chemii” zostaję wręcz wykatapultowany kilka orbit dalej! Czuję się, jakbym tańczył z bohaterami, jechał z nimi samochodem, siedział na ławce, spędzał czas gdzieś w pobliżu, tuż obok nich. Absolutnie genialna ścieżka dźwiękowa. Perfekcyjna.

***

Dlaczego w ogóle zdecydowałem się napisać o „Chemii”? Dlaczego przeczytaliście już kilka akapitów i w zasadzie nic się o tym filmie nie dowiedzieliście? Cała ta historia ma w sobie jakąś dziwną aurę. Choć przeraża, to jednocześnie pasjonuje. Wyciska łzy, wywołuje strach, ale równolegle nieśmiało kieruje kąciki ust ku górze. Można poczuć się jak na rollercoasterze. Sinusoida emocji… miłości, cierpienia, walki, odrzucenia, wytrwałości, zwątpienia, siły, słabości… uczucia tak silnego, że jest w stanie pokonać wszystko.

„Chemia” bazuje na autentycznej historii. To jednak opowieść o czymś więcej niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Każdy wyniesie z niej coś innego. Zastanawiam się, czym jest dla mnie. Mam dużo myśli w głowie. Podziw. Tęsknota. Za uczuciem? A może jakaś niepewność obecnego? Chęć potwierdzenia go? Zwątpienie? Zbyt małe odwzajemnienie? Tak wiele myśli, tak rozmazane widmo jakiejkolwiek odpowiedzi. „Chemia” nieubłagalnie nakazuje się zatrzymać. Zastanowić. Nad sobą. Nad bliskimi. Nad tym, kim jesteśmy. Nad wszystkim, co mamy. Uszanować. Wyciągnąć wnioski. Iść dalej. Walczyć! Każdego dnia żyć swoim życiem. Bez względu na wszystko! Tak mocno wierzę w taką postawę! Być może właśnie między innymi dlatego film chwycił mnie za serce.

Ktoś kiedyś powiedział: „tyle o sobie wiemy, na ile zostaliśmy sprawdzeni”. Ta historia jest właśnie o tym. O heroicznej walce o miłość. Ale nie takiej w wyświechtanych słowach rzucanych na wiatr. Nie w prezentach, pamięci o rocznicach związków, spontanicznych wjazdach. Walce trudnej, usłanej kolcami, a nie płatkami róż. Prawdziwy krwawy bój codzienności, regularna wojna o lepsze jutro… O jakiekolwiek jutro… Ze sobą, z partnerem, otoczeniem, czymś ponad nami wszystkimi.

Przecież my, mężczyźni, zostaliśmy stworzeni do takiej właśnie walki! Podświadomie każdy z nas chce ją przeżyć. W praktyce, gdy przychodzi chwila wyzwania – na starcie decyduje się jednak niewielu. A żeby być do końca szczerym – naprawdę mało kto. Dzisiejszy model życia daje nam tyle wymówek, tyle racjonalizacji dla opcji pod tytułem „ucieczka”, że większość ludzi rezygnuje, omija wyzwania, ukrywa się. Tak jest łatwiej. Ba, mamy do tego społeczne przyzwolenie. Oczywiście, akurat takiej potyczki, w jakiej mierzył się główny bohater filmu, nie chciałby przeżyć chyba nikt. Na co dzień jednak, każdy z nas (już bez względu na płeć) spotyka inne wyzwania. Mniejsze, większe, łatwiejsze, trudniejsze. Codziennie pokonujemy różne przeszkody, bardzo małe przeciwności losu, wręcz śmieszne. A mimo to zdarza nam się narzekać, szukać wymówek, a nawet poddawać się. Czy warto?

***

Ten film tak niesamowicie się zaczyna. Tak cudownie trwa. I – mimo wszystko – tak pięknie kończy. Wiem, to przewrotne. Patrzę jednak na całość, pewien kontekst. W moich oczach, uczuciach – cały jest absolutnie fantastyczny. Tak, te słowa pisze mężczyzna. 🙂 Być może wywarł na mnie takie wrażenie, bo nastawiałem się na coś innego. To nie jest kolejny klasyczny wyciskacz łez, ani historia zwykłej miłości. To coś dużo, dużo więcej. Polecam nie czytać opisów, recenzji, nie oglądać trailerów. Po prostu włączyć i dać sobie 1:45 godziny.

Jestem oczywiście ciekawy Waszej opinii. Przecież kino, sztuka mają to do siebie, że każdy ma prawo odczuwać je inaczej. Gdyby ktoś się skusił – śmiało zapraszam do podzielenia się swoimi odczuciami.

Chemia [2015], reż. Bartosz Prokopowicz

PS: Tak, uroniłem parę łez. Kilka razy.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s