Komu w drogę, temu… Kopenhaga

Wiele razy pisałem, że lubię robić rzeczy na przekór. Dzisiaj świeci słońce, bezchmurne niebo dodaje pozytywnej energii, drzewa chcą się zazielenić. Słowem – idzie wiosna! To dobry dzień by złamać schemat i rozpocząć kolejną relację. Krótki wpis z miejsca, które klimatycznie zupełnie odbiega od dzisiejszej pogody. Zaczynamy!

W Malmo-Sturup ląduję przed 13 lokalnego czasu. Kolejny lot, już do docelowego miejsca, ma odbyć się za 8-9 godzin. Nie byłbym sobą, gdybym pozostał na lotnisku i „grzecznie” oczekiwał na następny etap podróży.

Co zatem mogę zrobić? Jeszcze przed wyjazdem trochę milcząco założyłem, że Malmo może być podobne do Goeteborga, który odwiedziliśmy niespełna 2 lata temu. Miasto wtedy nas nie urzekło. Naturalnie zacząłem szukać alternatywy. Dwusekundowy rzut oka na mapę i już wiem! Kopenhaga. Blisko, zapewne podobnie do Szwecji, ale zawsze warto poszerzać horyzonty.

Plan? Bez planu. Przygotowanie? Kurtka przeciwdeszczowa. O ile można zaliczyć ją do przygotowania. 😉 Zapowiada się zatem spontaniczne zwiedzanie miasta. To lubię! Jedyne ograniczenie to kolejny lot, który ma odbyć się między godziną 21 i 22. Z centrum Kopenhagi ostatni autobus w kierunku lotniska Sturup odjeżdża o 19.30. By polecieć dalej powinienem znaleźć się na jego pokładzie.

Z racji tego, że samolot z Warszawy ląduje kilka minut wcześniej, pędzę od razu w poszukiwaniu stanowisk busów. Mam bilet na 13.30, ale udaje mi się wtoczyć do wcześniejszego kursu. Trochę się dziwię, gdy, pomimo wolnych miejsc, każda kolejna osoba w identycznej sytuacji, jak moja, jest odsyłana do „swojego” autobusu. Cóż, czasami zawsze opłaca się szerzej uśmiechnąć. 🙂 Podróż trwa sprawnie. NIE MA żadnych kontroli granicznych (te zostały ponoć wprowadzone w listopadzie ze względu na sytuację migracyjną w Europie). W Kopenhadze lądujemy zatem o planowanej 14.00. Pada deszcz. Leje jak z cebra. Nie ma, jednak co załamywać rąk. Cieszę się, że jest przynajmniej widno. 🙂 Mam mniej więcej 5 godzin na zaprzyjaźnienie się z Kopenhagą.

Potrafię przemierzać szybko, ekstremalnie szybko, odwiedzane miasta. Od kilku wyjazdów uczę się jednak zwalniać, nie gonić. Przychodzi mi to już z dużą łatwością. Tym razem również (pomimo ulewy) wybrałem spokojne tempo poznawania duńskiej stolicy.

JAKA JEST KOPENHAGA?

Miasto wydaje się być typowo skandynawskim, poukładanym, przewidywalnym do bólu. Takim, które niekoniecznie trafia na moją listę marzeń. 🙂 Jest dzień powszedni, na ulicach dużo ludzi, jeszcze więcej rowerów. Łatwo można dostrzec różnorodność (super!), tolerancję (brawo) oraz wyższy standard życia. Zawsze podczas wyjazdów zwracam uwagę na dwie rzeczy. Ludzi i tkankę miejską. Duńczycy są raczej zamknięci w sobie. Tak jakby byli schowani w swoim kokonie. Oczywiście zapytani o cokolwiek pomagają, jednak odnoszę wrażenie, że jest to podyktowane bardziej grzecznością, niż faktyczną chęcią pomocy. Blisko im do Niemców czy Belgów, na pewno nie do niesamowicie pomocnych i zainteresowanych Włochów, Hiszpanów czy chociażby Finów (tak, tak!).

A samo miasto? Kopenhaga nie jest wielką aglomeracją. Centrum i przyległości można spokojnie obejść wzdłuż i wszerz w kilka godzin. Nawet, gdy z nieba leje niemiłosiernie deszcz. Architektura typowa dla Skandynawii. Dużo surowości, prostoty. Króluje zwłaszcza czerwona, opalana cegła. Ład architektoniczny na każdym kroku. To wszystko ma swój urok. Standardowo wystarcza mi darmowa mapka z głównymi atrakcjami, ale też oznaczeniem ulic (przecież będę się błąkał również poza szlakami typowymi dla turysty). Dostaję ją w Muzeum Carlsberga od pracującej tam rodaczki. To kolejny dowód na to, że Polacy są wszędzie. Gdziekolwiek jestem, spotykam naszych!

Wróćmy do Kopenhagi. Żaden z zabytków nie robi na mnie oszałamiającego wrażenia. Wartym uwagi jest zamek Rosenborg, usytuowany w malowniczej scenerii największego w centrum parku. Ponadto ciekawe wrażenie sprawia majestatyczny Marble Church, zwłaszcza jego bogate zdobienia w środku. Warto podejść pod symbol miasta – Pomnik Syrenki. Ten również znajduje się przy kolejnym parku oraz w okolicy fortów. Stolica Danii jest wręcz skąpana w zieleni (nie tylko deszczem „żyje” człowiek ;)) i zupełnie inne, lepsze wrażenie może wywierać w lato.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Napisałem, że w kilka godzin można swobodnie obejść okolice centrum. Osobnym tematem są muzea. Wszyscy napotkani bardzo polecają Narodowe z darmowym wstępem. Uznaję jednak, że wolę przemierzyć te bardziej nieodkryte zakamarki miasta niż chować się wewnątrz budynków. Już taki ze mnie pozbawiony kultury typ.

NAPRAWDĘ TAK DROGO?

Nie będę się rozpisywał, jedynie potwierdzę – tak, jest drogo. Bardzo drogo. Dotyczy to także dyskontów, np. bardzo atrakcyjnego cenowo w innych krajach Netto. Można je znaleźć porozrzucane po mieście, ale ceny i tak powalają. Przykładowy bochenek chleba w przeliczeniu na złotówki to wydatek rzędu 15-16 zł. Co ciekawe, w centrum miasta napotykam kilka knajpek, gdzie można zjeść lunch już od 40-50 zł. W porównaniu do liczb na półkach sklepowych – nie jest tak źle.

KOLEJNE TYPOWE SKANDYNAWSKIE MIASTO?

Kopenhaga mnie nie zachwyca, niczym nie zaskakuje. Jest przewidywalna. Do czasu, gdy przemierzam rzekę i udaję się do innej części miasta. O Chrisitianii krążą legendy. Nie jestem smakoszem, ba, nawet degustatorem, haszu i jemu podobnych, natomiast zawsze z utęsknieniem szukam tych bardziej niepoprawnych rejonów miast, odizolowanych, z bardziej szemranym towarzystwem.

Już od samego wejścia do sławetnego „ogrodu upojalenia” czujemy się, jakbyśmy wkraczali w inny wymiar. Wymuskane apartamentowce, biurowce, budynki rządowe zmieniają się w zbliżoną do postapokaliptycznych scenerii. Brak chodników, błoto, kałuże (tak, cały czas mocno pada), baraki, obskurne domy, chaszcze, rozpadające się kamienice, poprzecinane druciane płoty, mieszkania bez okien, tagi, graffiti, wybite szyby, strzechy. Inny świat! Już mi się podoba!

Christiania to strefa miasta, gdzie obowiązuje nieoficjalne przyzwolenie na używanie suszonych liści konopi indyjskich, haszu. Schodzą się tutaj wszelkiej maści hipsterzy, artyści czy też – po prostu – zwykli entuzjaści popalania. A tych jest sporo. To niesamowite, jak duży przekrój społeczeństwa można tutaj dostrzec. Od młodzieży, przez robotników, miejscową awangardę po (nawet!) panów w garniturach dzierżących nesesery. Dodatkowego kolorytu dodaje fakt, że podobnie, jak w całej Kopenhadze, tak i tutaj ludzie dojeżdżają rowerami. Zostawiają je bez żadnych zabezpieczeń tuż za murem „królestwa” i udają się na „rynek” Christianii. Wiele osób pędzi tam, prawie, że na złamanie karku. Zupełnie jakby zostały im ostatnie minuty życia. Niesamowity widok. Grupki, pary, samotni. Wszyscy jak jeden mąż gonią, niczym misie do miodu.

Oczywiście oficjalnie w całej Danii wspomniane substancje są nielegalne, dlatego na terenie Christianii wprowadzono pewne zasady funkcjonowania. Obowiązuje surowy zakaz fotografowania (wiadomo) oraz biegania (by nie wywoływać popłochu). Podstawową regułą jest jednak „have fun”. Tego jednak nie trzeba nikomu dwa razy powtarzać. Wokół wszyscy są uśmiechnięci, wyluzowani, pozytywnie nastawieni do świata. I chyba to – obok przyjemnego zapachu – jest czymś, co sprawia, że można się tutaj dobrze poczuć. Jak w każdym społeczeństwie musi jednak być ktoś, kto dba o tutejszą sielankę. Część tutejszych rezydentów pełni rolę podobną do straży. Chodzą z zasłoniętymi twarzami i pilnują. Niektórzy wyglądają groźnie, inni pociesznie. Jednego z takich „patrolujących” mam przyjemność poznać osobiście.

Jak przystało na lekkoducha, początkowo nie zauważam wielu graffiti i tabliczek z wymownym „no photo!”. Tak mi się tutaj jednak podoba, że nawet, gdy je dostrzegam nic sobie z nich nie robię. „E tam, tak pewnie tylko napisali, żeby turyści nie cykali za dużo”. Dziarsko przemierzam kolejne metry, fotografując co ciekawsze rzeczy. W pewnym momencie czuję mocne szarpnięcie za bark. Odwracam się zachowując jednoczesny dystans podczas, gdy moim oczom ukazuje się facet zbliżonego wzrostu ubrany w mundur wojskowy i kominiarkę. Na szczęście jest pokojowy nastawiony. Okazuje się, że obserwował mnie i to, jak robiłem zdjęcia nie do końca przypadło mu do gustu. Gość każe mi je kasować. Usuwam posłusznie jedno i nie chcąc stracić kolejnych, wykorzystuję fakt, że od mojego rozmówcy wyraźnie czuć hasz. Dopuszczam się starego numeru i zamiast przewijać zdjęcia do tyłu, przesuwam je do przodu. 🙂 Mam tam jakieś fotografie kościołów, książek, syrenki. Słowem wszystko, tylko nie Christiania. Uśmiechamy się, życzę miłego dnia i zadowolony, że udało się zachować fotki, ruszam dalej.

To miejsce odmienia mój pogląd na Kopenhagę. Gdyby nie ono uznałbym to miasto za najzwyczajniej w świecie nudne. Enklawa po drugiej stronie cieśniny rzuca jednak inne światło na stolicę Danii i dodaje jej kolorytu. Spaceruję jeszcze po różnych zakamarkach tego terenu, zapuszczam się w różne rejony. Mimo pokojowej atmosfery momentami warto schować aparat, niekiedy przyspieszyć kroku czy całkiem usunąć się z pola widzenia. Mijam neonazistów, bezdomnych, punków, studentów, emigrantów, biznesmenów, robotników, nawet jakieś dzieci się tutaj szwędają. Mieszanka wybuchowa. Pięknie! Ciekawe miejsce i doświadczenie. Christianię opuszczam, gdy robi się ciemno. Spokojnym krokiem sunę w okolice miejsca odjazdu. Mam jeszcze czas by trochę pobłądzić.

***

WARTO CZY NIE WARTO?

Czy opłacało się wydać ok. 130 zł na bilet w 2 strony by dotrzeć do Kopenhagi na kilka godzin? Yessir. Choć nie ukrywam, że w miejsce Kopenhagi wstawiłbym raczej Christianię. 😉 Samo miasto jest poprawne, spokojne, normalne. Musi być tu pięknie latem, gdy wszystko nabiera zieleni, opady ustają choć trochę, a słońce wychodzi zza chmur. Jako city break nie przeznaczyłbym na nie jednak więcej niż 2 dni. I to biorąc pod uwagę wizyty w muzeach. Przy dłuższym wyjeździe warto zainteresować się biletami okresowymi (24 h lub 72 h), które są ważne w obszarze nie tylko miasta, ale i całej aglomeracji. Słyszałem o ciekawych atrakcjach na obrzeżach – twierdze, zamki. Sporo osób polecało też Muzeum Żydów Duńskich, znajdujące się w portowej części stolicy.

JAK SIĘ DOSTAĆ?

Po tym jak w ubiegłe lato Ryan Air zawiesił bezpośrednie połączenie Modlin-Kopenhaga,  by dotrzeć do stolicy Danii, musimy kombinować. Najtaniej jest dolecieć z Warszawy, Gdańska, Poznania lub Katowic do Malmo. Stamtąd łapiemy autostop, jedziemy pociągiem (droooogo) albo rezerwujemy miejsce w Neptunbusie – najtańsza płatna opcja. Bilet w jedną stronę to koszt 100 duńskich koron (~ 60 zł). Transport na czas, wszystko w porządku. Upolowawszy bilety lotnicze WAW-MMX w cenie 78 zł, dokładamy bus Malmo Airport-Kopenhaga i nasz trip jesteśmy w stanie zamknąć w okolicach 200 zł. Taniej do stolicy Danii mogą dolecieć mieszkańcy polski południowej. Linia Norwegian ostatnio organizowała promocję na loty bezpośrednie z Krakowa. Bilet w dwie strony na trasie KRK-CPH można było upolować w okolicach 120 zł. Spotkałem kilku Polaków, którzy właśnie w ten sposób dostali się do stolicy Danii. Regularne ceny na tym kierunku są jednak dużo wyższe. Alternatywą pozostają również loty kombinowane przez Brukselę-Charleroi,. Irlandzki przewoźnik ma ostatnio coraz bardziej na pieńku z duńskimi związkami zawodowymi i być może zostanie całkowicie usunięty z tego kraju. To byłby nie lada ewenement!

***

W drodze powrotnej mamy kontrolę paszportów. Bus jest prawie pełny, a moi towarzysze podróży posługują się wyłącznie paszportami. Mimo to postój trwa maksymalnie 2-3 minuty. Do Malmo docieram na tyle wcześnie by zaczerpnąć trochę lektury, umyć zęby, spokojnie odprawić się i poczekać na kolejny lot. A gdzie? O tym już następnym odcinku!

CDN…

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Komu w drogę, temu… Kopenhaga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s