Książkowe podsumowanie miesiąca. Luty 2016

Nie. To nie jest blog o książkach. Choć po ostatnich dwóch wpisach ktoś mógłby mieć takie wrażenie. W zeszłym tygodniu nadrobiliśmy styczniowe zaległości, dzisiaj zabieramy się za kolejny miesiąc. Zarówno prywatnie, jak i zawodowo luty był prawdziwym rollercoaterem! Myślę, że tym, co wydarzyło się w trakcie 29 dni ostatniego miesiąca, z powodzeniem można byłoby obdarować co najmniej pół roku. Jak to wpłynęło na czytanie? Powróciłem do korzeni. Dużo podróży i sportu. Zaczynamy!

  • Masa o bossach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski, Artur Górskimasa
    Masa, Masa, Masa. Mam mieszane uczucia względem Jarosława Sokołowskiego. To nie jest czas i miejsce na moralne dywagacje z cyklu „dobry czy zły”. Interesuję się jednak tematyką przestępczości zorganizowanej i gdy tylko na półkach księgarni pojawia się nowa książka duetu Sokołowski & Górski – sięgam po nią.

    To już czwarta pozycja ich autorstwa. Muszę przyznać, że plan marketingowy jest ułożony wręcz fenomenalnie. Średnio co pół roku czytelnicy otrzymują kolejne tomy. Mamy zatem trochę czasu, żeby „zatęsknić” za światem polskiej mafii. Z drugiej strony nie na tyle długo by o niej zapomnieć. Efekt? Każda część staje się bestsellerem! Brawo!

    Książki Masy mają to do siebie, że czyta się je jak bajki. I tym razem nie jest to złośliwość czy mało wyszukana uszczypliwość! 😉 Naprawdę. Siadasz, otwierasz i czytasz. Napisane prostym językiem, pełne wartkiej akcji, braku nudy. Wieczór, dwa – koniec. Historia za historią. Odcinek za odcinkiem. Rozrywka w czystym wydaniu.

    W przypadku ostatniej pozycji jest podobnie. Sokołowski do spółki z kilkoma kolegami „po fachu” przybliża nam postacie mafijnych bossów. Robi to z werwą, znaną dla siebie szczyptą łopatą megalomanii, kolorytem. I jak wrażenia? O ile pierwsze jeden, dwa tomy były ciekawe, o tyle teraz ma się wrażenie, że seria stopniowo zwalnia. Dlaczego?

    Informacje, historie, zdarzenia zaczynają się powtarzać. Czytelnik obeznany w temacie zna je już, a przedstawiona w tym tomie perspektywa praktycznie nie rzuca zbyt wiele nowego światła, faktów, informacji.
    Na uwagę zasługuje rozdział o Falchinim, którego wątek został szerzej poruszony po raz pierwszy przez Górskiego i Sokołowskiego. To jednak tylko wyjątek potwierdzający regułę. Słowem, niektórzy mogą odebrać najnowszy tomik jako parafrazę poprzednich publikacji.

    Nie oznacza to, że książka jest zła. To dobra rozrywka dla powierzchownie zainteresowanych tematyką. Dla tych, którzy szukają czegoś więcej, będzie stanowiła jedynie powielenie wiedzy, którą już posiadają. Przypomnieniem historii, które już znają. Ponadto, jak zwykle, uderza „jedyna słuszna” wersja zdarzeń Masy. Brakuje obiektywizmu, który dodałby zarówno książce, jak i całej serii, wiarygodności. Tym samym pozycje Górski & Sokołowski pozostają bardziej w sferze (bardzo dobrej) beletrystyki niż czystego non-fiction. Tylko i aż.

    Moim zdaniem: 4/10

     

  • Najlepszy. George Bestbest
    Irlandia Północna. Nie tak odległa, a tak nieznana, anonimowa. Gdybyśmy zapytali przypadkowo spotkaną na ulicy osobę, z czym kojarzy mu się ta prowincja Zjednoczona Królestwa, co moglibyśmy usłyszeć w odpowiedzi? Belfast, IRA i … i właśnie George Best. Postać kultowa, legendarna, historyczna. W końcu nie każdy pierwszy lepszy piłkarzyna ląduje na banknotach w swoim kraju. Główne lotnisko w kraju nie może przecież nosić imienia i nazwiska byle kogo. Byle alkoholika? 🙂

    Jak w większości biografii – dłuży mi się początek. Nie wiem z czego to wynika, ale zazwyczaj opisy dzieciństwa mnie nudzą. To dziwne, bo przecież zdaję sobie sprawę z tego, jak ważny jest okres dorastania w kształtowaniu postawy, osobowości dorosłego człowieka. W tym przypadku „akcja” zaczyna się rozkręcać jednak później.

    George Best dotknął nieba i piekła. W zapisach swojej historii już od samego początku sugeruje, jak presja otoczenia, mediów (a przecież w jego czasach dopiero raczkowały) jest w stanie odcisnąć piętno na nieukształtowanej jednostce. Best jest szczery. Bez ogródek opowiada, jak zatracił się w uciechach życia. Jak kobiety, alkohol czy szeroko rozumiana wolność przysłoniły mu świat, w tym jego największą miłość – piłkę nożną. Albo inaczej – jak sam zaczął wątpić w siebie, swoje życie, obraną drogę. Jak ruszył szukać szczęścia gdzie indziej. Poza boiskiem. To paradoks, że czasami miejsce, które nas „rodzi” – w przypadku Besta była to piłka nożna – staje się naszym mentalnym „cmentarzem”. Futbol dał mu wszystko, ale to również futbol poprowadził go do zguby.

    Best przedstawia się nam jako człowiek, a nie tylko i wyłącznie legenda. To ważne o tyle, bo bardzo często zapominamy, że osoby sławne, sportowcy, aktorzy są również ludźmi. Z tak samo ułomną psychiką, narażeni na jeszcze więcej pokus, mający momenty słabości. Dobrze jest o tym pamiętać. Piłkarz przyznaje się do potknięć, porażek, choć czuć, że do tak dojrzałej postawy dochodził latami. W jego zachowaniu, czy nawet opisach widać osobę zagubioną, obdarzoną potężnym darem, możliwościami, ale z drugiej strony przytłoczoną codziennością.

    To nie jest książka o piłkarzu. To historia człowieka. Piłka nożna – podobnie jak w jego życiu – była tylko tłem do tej opowieści. I bardzo dobrze! Piszę to jako wieloletni fan futbolu. Poza statystykami, opisami meczów, mamy tu do czynienia z tym wszystkim, co działo się w George’u Beście. Co go motywowało (albo demotywowało), dlaczego zachował się tak, a nie inaczej? Dlaczego wolał pojechać do kochanki, zamiast wyjść na prestiżowy mecz z Chelsea? Dlaczego w wieku dwudziestukilku lat kilkukrotnie ogłaszał koniec kariery?! Jak czuje się wielka gwiazda, która dostaje od FIFA oficjalny ZAKAZ profesjonalnego grania w piłkę nożną?

    Na kolejnych kartach otrzymujemy odpowiedzi na te i wiele wiele innych pytań. I właśnie dlatego warto przebrnąć przez historię jego życia, upadku, ale i obrania drogi odkupienia. Książka ma oczywiście kilka słabszych momentów. Nie zmienia to faktu, że to pozycja obowiązkowa dla fanów piłki nożnej oraz wszystkich tych, którzy chcą poznać ciemną stronę sławy, pieniędzy, popularności.

    Moim zdaniem: 7/10

 

  • Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia. Marek Tomalikaustralia
    Tajemnicza. Odległa. Do zdobycia. Takie epitety pojawiają się w mojej głowie, gdy myślę o Australii. To moje pierwsze spotkanie z tym kontynentem na łamach książki. Jak wyszło?

    Gdy sięgam po pozycję podróżniczą, każdorazowo moja podświadomość podsuwa pytanie: „czy przeczytam coś krwistego, mięsistego, prawdziwego czy raczej kolejne 400 stron spędzę na wysłuchiwaniu ochów i achów nad państwem/regionem/terenem X?”. Jak myślicie, którą z tych opcji wolę?

    Od samego początku czuć, że autor prawdziwie kocha najpóźniej odkryty kontynent. Był na nim kilkanaście razy. Przejechał setki tysięcy kilometrów wzdłuż i wszerz. Poznał wielu ludzi. Mieszkał tam. Oddychał. Odkrywał. Delektował się swoją – jak sam mówi – drugą ojczyzną. To niesamowite, że oddalone o niespełna 16 tysięcy kilometrów Melbourne może być Polakowi bliższe niż Kraków czy Warszawa. To piękne. O tym jest ta książka. O miłości. Nietypowej miłości.

    Marek Tomalik prowadzi nas przez przez Australię z perspektywy 25 lat i kilkunastu podróży po tym kraju. Przedstawia wiele zalet, i czuć, że ubóstwia to miejsce. Pozytywny odbiór państwa, nie pozbawia go jednak zdrowego osądu. Mamy tutaj zatem do czynienia z olbrzymim słojem pysznego miodu, ale i kilkoma łyżkami dziegciu. Już wiecie, że mi się zatem podoba, prawda? 🙂

    Autor podchodzi zarówno do życia, jak i Australii, którą nam przedstawia, z dużym respektem, dystansem. Odnoszę nieodparte wrażenie, że to właśnie ten kontynent w dużej mierze ukształtował go jako człowieka. Pustynie, bezdroża, busz, outback – cała ta dzika, nieokiełznana, nieprzewidywalna przyroda, natura – nauczyły szacunku, rozwagi, pokory. Z książki bije olbrzymia mądrość. Znajdziemy w niej pełno tolerancji, zdroworozsądkowej oceny, ale i – przede wszystkim! – próby zrozumienia inności. Bo Australia jest inna.

    Tomalik prowadzi nas zatem nie tylko przez swoje kolejne eskapady. Nie koncentruje się jedynie na trudach podróży, wyzwaniach stawianych odkrywcom. Zabiera nas też na mentalną wędrówkę. On JEST Australijczykiem. Poprzez postawę, słowa, pokazuje odmienną mentalność mieszkańców. Z różnych zakątków kontynentu. To chyba urzeka mnie najbardziej. Neutralne przedstawienie inności. Bez żadnych ocen, kategoryzowania, szufladkowania. To duża i rzadko spotykana dojrzałość.

    W książce zawarta jest także potężna wiedza. Pozycja została podzielona na rozdziały tematyczne, z których dowiemy się wielu praktycznych rzeczy. Zarówno tych dotyczących wypraw (np. jak zachować się w buszu), jak i dotykających tematów społeczności, kuchni, flory, fauny. Oczywiście to tylko zajawki. Nie sposób na 380 stronach zgłębić tajemniczość tego kryjącego tajemnice miejsca. Czy wiedzieliście jednak, że miś Koala najbardziej w eukaliptusie ceni jego ODURZAJĄCE właściwości? 🙂

    Moją uwagę szczególnie przykuły fragmenty dotyczące ludności. Mentalność Australijczyków jest po prostu niesamowita. Aż chce się tam jechać czy nawet żyć! Zachwycają jednak nie tylko ci biali Aussie. Jeszcze bardziej intrygują Aborygeni. Nie zdawałem sobie sprawy z aż takiej ich odmienności. Nie będę się tutaj rozpisywał, żeby nie spoilerować (albo nie robić z siebie totalnego dyletanta ;)), ale ich sposób bycia, rozumienia, funkcjonowania, jest tak odmienny od naszego. Nie mniej intrygujące jest zatem zderzenie dwóch TOTALNIE różnych światów. Rdzenny Australijczyk vs europejski kolonizator. To jak połączenie ognia i wody. Niech papierkiem lakmusowym tego, o czym tutaj piszę będzie fakt, że PIERWSZY Aborygen w australijskim parlamencie zasiadł w… 2010 roku! Angielski podróżnik James Cook dotarł tutaj i zaanektował ziemie do Imperium brytyjskiego w 1768 roku. 242 lata…

    Słowem, jestem pod wrażeniem! Jeżeli przed przeczytaniem książki Tomalika chciałem zobaczyć, poczuć Australię, to teraz tego PRAGNĘ! Panie Marku, dziękuję za inspirację! Jeżeli nie chcecie podzielić mojego losu i zachorować na ten kontynent – omijajcie ten tytuł szerokim łukiem!

    Moim zdaniem: 8,5/10

 

  • Przegrany. Grzegorz Król, Paweł Marszałkowski, Maciej SłomińskiOLYMPUS DIGITAL CAMERA
    Dwie książki o upadku piłkarzy w trakcie 3 tygodni? Tak. Dlaczego tak, Arek? Biografia Grzegorza Króla była zapowiadana od niespełna dwóch lat. Gdy w końcu się pojawiła, musiałem ją sprawdzić. Tym bardziej, że byłem świeżo po lekturze George’a Besta. Kusiło mnie porównanie życia i degeneracji wielkich talentów, karier, losów sportowców w Polsce i UK.

    Oczywiście skala nazwisk jest nieporównywalna, bez dwóch zdań. Jakość życia – jak się można domyślać – podobnie. Niezwykle plastyczne jest zestawienie, że w momentach kryzysowych George Best wsiadał w samolot i leciał do swojego ukochanego miejsca chlania – Marbella. Grzegorz Król natomiast siadał na kanapie i „walił przez noc browary”. Piłkarz TAM vs Piłkarz TU.

    To jednak tylko powierzchowna różnica. Nie ważne jest czy zarabiamy w funtach, dolarach czy złotówkach. Na koniec dnia wszyscy jesteśmy ludźmi. Wszyscy mamy jedno życie. Życie, które możemy uratować albo stracić. Każdy z nas. Bez względu na stan konta, kraj pochodzenia czy nawet środowisko.

    Grzegorz Król bardzo trafnie określa samego siebie. Mówi wprost o byciu alkoholikiem, hazardzistą, kłamcą. Jak już wspominałem, chwytają mnie za serce SZCZERE, nieprzekoloryzowane, brudne historie ociekające prawdą. Taki jest „Przegrany”. Nie ma tutaj jęczenia, użalania się nad sobą czy jakiejkolwiek próby tłumaczenia. Bohater książki dojrzał do tego by wprost mówić o tytułowym „przegraniu” talentu, szansy, życia. Nie próbuje się wybielać. To bardzo duży plus. Piszę to z perspektywy dziesiątek przeczytanych biografii, autobiografii. Rzadko zdarza się by ktoś tak krytycznie uznawał swoje niepowodzenia. Zwykle osoby decydujące się na spisanie swoich losów mimo wszystko szukają, łakną usprawiedliwienia dla swoich czynów. Tutaj tego nie ma.

    Co ciekawe – i wbrew pozorom rzadkie w tego typu publikacjach – Król nie stroni od nazwisk. Wspomina swoich kolegów, przyjaciół. Chyba nie ma już wiele do stracenia i szczerze opowiada, z kim najchętniej balował, z kim przegrywał w kasynach, ale też kto wyciągał do niego pomocną dłoń, gdy ten leżał na łopatkach. Rzecz jasna nie zdradza wszystkich pikantnych szczegółów. Na polskim rynku wydawniczym takie (prawie) pełne otwarcie, jest jednak czymś nowym. Mam nadzieję, że zostanie docenione przez czytelników i rynek. Czy przez środowisko piłkarskie? Raczej niekoniecznie. Mimo to, tacy piłkarze jak Radek Matusiak czy Tomasz Dawidowski zyskują w oczach czytelnika. Prawdziwych przyjaciół poznaje się bowiem w biedzie, a Grzegorz Król wiele razy był BARDZO „ubogi”. Nie wszyscy się od niego jednak odwrócili.

    Wracając do samej treści. Fragment, którego osobiście nie kupuję, to ten o korupcji. Czuć, że coś tam jest – nomen omen – „kręcone”. Albo inaczej – nie wszystko powiedziane. To jednak nie jest dzieło o sprzedawaniu meczów, a o człowieku, jego upadku. Dlatego nie czepiam się. 🙂

    Książka jest napisana prostym językiem i czyta się ją bardzo szybko.Pochłonąłem ją w 2 dni. Chciałoby się rzec, że jest za krótka. A może właśnie taka miała być? Mam wrażenie, że – brzydko pisząc – targetem tej pozycji nie są wyłącznie osoby, które dla rozrywki chcą przeczytać historię człowieka, którego oglądali na ekranach telewizorów. To lektura dla młodych, wkraczających w prawdziwe życie. Dla tych, którzy podobnie, jak Grzegorz Król kilkanaście lat temu, obecnie mierzą się ze stawianymi przed nimi wyzwaniami i pokusami. Czuję, że to część terapii byłego gracza Amici.

    Jego błędy, głupoty, prawdziwy upadek na dno – mogą być drogowskazem dla zagubionych młodych sportowców. A on sam – skrzywdziwszy naprawdę wielu ludzi ze sobą na czele – poprzez opisanie swoich pomyłek, jest w stanie uratować komuś życie. To jego katharsis. Miejmy nadzieję, że ta książka będzie przestrogą dla wielu. Nie tylko tych ze świata sportu. Bo pokusy, życiowe zakręty, wyzwania czekają na nas wszystkich każdego dnia. Bez wyjątku.

    Panie Grzegorzu, brawo za szczerość! Moim zdaniem: 7,5/10


Na dzisiaj tyle.
Obiecuję, że następny wpis będzie dotyczył czegoś innego. Czegoś bardziej… pierwotnego dla tego bloga. A gdyby ktoś był zainteresowany tym, co obecnie czytam – zapraszam na Instagram. Aloha!

https://www.instagram.com/skokwnieznane/

Instagram: @ skokwnieznane

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s