Dlaczego warto chorować?

Choroba to ciekawy stan. Na szczęście mam z nią rzadko do czynienia. Nie wiem, czego to zasługa. W ostatnich latach ani specjalnie dobrze się nie odżywiałem (za chwilę to zmienię), ani nie prowadziłem bezstresowego trybu życia (a to już zmieniłem). Mój system immunologiczny powinien klęczeć na kolanach i błagać o litość. Tymczasem mam się całkiem dobrze. Nawet trochę ponad stan, bo „okazji” i sytuacji do chorób miałem przez ostatni rok co nie miara. Szczęście w tych sprawach jednak dopisuje. Może częste zmiany mikroklimatu, do których zachęcała mnie Mama w latach dojrzewania, naprawdę mają uodparniającą moc? A może to moc sugestii, podświadomość? Nie mniej jednak, dzięki, Mamo!

Ostatniej choroby (takiej przez naprawdę potężne ch) doświadczyłem w Azji. To były Indie. Dziwnym trafem przydarzyła się tego samego dnia, kiedy w nadmorskim Pondicherry zachciało mi się skosztować lokalnych rarytasów. O ile żołądek do tej pory z przyjemnością pałaszował łakocie z lokalnych budek, o tyle jedzenie z liścia (umytego!) było dla niego chyba zbyt dużym wyzwaniem. Wspominam o tym, bo teraz, niespełna 10 miesięcy później czuję się podobnie. Nie będę Was jednak zanudzał, bo każdy z nas przechodził przez silne zawroty głowy, otępienie, łupiący ból w skroniach i ograniczenia ruchu. Szczęście w nieszczęściu, tym razem brak objawów – przepraszam osoby spożywające w tym momencie dania, napoje – ekstrakcji jakichkolwiek płynów.

Piszę o tym z innego powodu. Jako fan (psychofan?) teorii, wedle której: (prawie) wszystkie rzeczy w życiu dzieją się po coś – w każdej sytuacji życiowej szukam pozytywów. Również mój obecny stan agonalny wniósł coś więcej niż pogorszenie samopoczucia.

Do rzeczy! Bo zaczynam trochę na około niczym Simpsonowie w każdym odcinku. Co w dzisiejszych czasach można robić, gdy leżysz rozłożony na łopatki, a nie możesz zasnąć? Książka. George Best, „Najlepszy”. Chłonę kolejne strony (z nienaturalnie silnymi wypiekami na twarzy), ale po kilkunastu minutach, pomimo wartkiej akcji, przestaję rozpoznawać litery. Nie ma sensu iść dalej. Decyduję się na jeszcze jedną próbę snu. Leżę w bezruchu. Leżę… Wiję się. Przewracam z boku na bok. Z przodu na tył. I na odwrót. I jeszcze raz. Choć bardzo chcę, to nie mogę zasnąć. Wrrr. Kolejny pomysł? Muzyka. Wśród dziesiątek playlist wybieram boski głos Niny Simone. Królowa nie jest w stanie mnie jednak uśpić. Przynosi za to pewną ulgę. Koi nieco dyskomfort niczym najlepszy balsam, co nie zmienia faktu, że pozostaję w opcji „on”. Mój organizm jest od lat przyzwyczajony do intensywnej nocnej pracy. Ciężko go oszukać. Jestem przecież nocnym Markiem., Arkiem.

Oczy się mrużą, nie mam siły unosić powiek. Leżę bezwładnie. Nie mogę jednak odpłynąć w objęcia Morfeusza (albo jego żony). Włączam zatem telewizję Youtube. A konkretnie linki, które notorycznie zapisuję, w nadziei na zapoznanie się z ich treścią. Co też naprawdę czynię w wolnych chwilach.

W myślach zacieram zatem ręce, bo oto czas inspiracji! Jakkolwiek dziwnie to brzmi z ust (laptopa?) gościa, który nie jest w stanie wstać z łóżka.

Na pierwszy rzut idą produkcje Andrzeja Tucholskiego. Teraz się narażę, ale obiecałem Wam, że będzie prosto z mostu, bez owijania w bawełnę. Na kanał Andrzeja trafiłem dosłownie kilka-, kilkanaście dni temu. Klasycznie, bo z totalnego przypadku. Sceptycznie nastawiony do wszelkiego rodzaju treści popularno-naukowych na polskim Youtube, spodziewałem się pseudomotywacyjnej papki. I co? Bardzo miło się zaskoczyłem.

Autor nie pozuje na guru psychologii, rozwoju osobistego czy orędownika dusz. Jako osoba, która interesuje się kontaktami międzyludzkimi, zawodowo i praktycznie zgłębiająca różne zależności, doceniam nieszablonowe podejście do tematu. Oraz formę. Podoba mi się wiele elementów, choć nie zgadzam się ze wszystkimi tezami. Tym bardziej jestem zainteresowany kolejnymi materiałami. Warto akceptować inny punkt widzenia. Różnorodność uczy, rozwija, ale także bawi. Pokazuje, że można inaczej. Cieszę się, że jest ktoś, kto przesyła podobne sygnały do szerszego grona odbiorców. Zrozumienie tej kwestii zajęło kilka lat, ale do tej pory uważam je za jeden z największych życiowych sukcesów.

Wracając do materiałów. Zarówno aspekty techniczne (np. sposób narracji, scenariusz, przemyślany układ), jak i merytoryczne zostawiają pozytywne wrażenie. A przecież tego szukam! Treści! Tej wartościowej. Innej. Takiej, jakiej jeszcze nie zgłębiałem. Z drugiej strony, jako typ obserwatora, który również bawi się w szermierkę słowną, lubię szukać w tego rodzaju wystąpieniach różnych figur, elementów, składowych warsztatu. Widać, że całość jest fachowo zaplanowana i zrealizowana. A to się ceni! Nie to co moje domorosłe refleksje, pisane na kolanie przy gorączce zbliżającej się temperaturą pod kipiący wulkan.

Każdy ma jednak swoją konwencję. Dlaczego o tym wspominam? Nie obejrzałem wszystkich produkcji Andrzeja. Fragmenty, które jednak przykuły moją uwagę (ciekawe są zwłaszcza Q&A), każą mi sprawdzić pozostałe. Kanał wrzucam do szuflady Inspiracja. Tak, specjalnie prowokacyjnie używam tej figury stylistycznej. A tak całkiem serio, jeżeli ktoś interesuje się zagadnieniami z okolic sfery kontaktów międzyludzkich, szeroko rozumianego rozwoju w wielu płaszczyznach – zobaczcie, może znajdziecie coś dla siebie. Wiedza merytoryczna jest ogromna.

Link do kanału Andrzeja na dole wpisu.

***

Krążąc po meandrach internetu, a w zasadzie szukając inspiracji dla swojego otępiałego (mam nadzieję, tylko w tym momencie) mózgu, trafiałem na kolejne treści. Jedne ciekawsze, drugie mniej. Aż do pewnej chwili.

To co zobaczyłem kilkanaście minut temu wstrząsnęło mną do reszty. Wywiad. Osoba, którą znam. Nie jestem jakimś psychofanem, ale szanuję. Nie oglądałem praktycznie żadnych programów (może kilka), wiem jednak, czym się zajmuje. To niesamowite, bo w naszej świadomości funkcjonuje przecież od dobrych kilkunastu lat!

Przyznaję bez bicia – nie śledziłem uważnie losów Martyny Wojciechowskiej. Znałem z grubsza jej sylwetkę, ale nie wgłębiając się w szczegóły. Może dlatego podczas oglądania niniejszego wywiadu przez chwilę poczułem, jakby mnie coś ominęło. Domyślam się, że wspomniane przeżycia, emocje to jedynie wycinek jej życia. Te kilkanaście minut wystarczyło mi jednak. Niesamowita energia, pasja, chęć życia w głosie Pani Martyny sprawiły, że od razu siadłem do pisania.

To niesamowite, do jakich rzeczy zdolny jest człowiek. Mam tutaj na myśli oczywiście te pozytywne. Pragnienie odkrywania świata. Niezłomność w pokonywaniu trudów. Nieustanna podróż. Nie w rozumieniu fizycznym. Ta druga. Duchowa. Mentalna. Egzystencjonalna. To wszystko leży gdzieś obok nas. Mieszka w ludziach, takich jak my. Bo Martyna Wojciechowska nie jest ani Merkurianką ani Jowiszanką.

Dlaczego zatem nie dostrzegamy, nie czujemy podobnej energii – pasji, radości, otwartości i wszystkich tych emocji dotykających naszych marzeń – na przykład dzisiaj? W poniedziałek.

Nie będę bawił się w psychologa, którym nie jestem. Gdy chwilę nad tym pomyślałem, zauważyłem jednak (być może błędnie), że na co dzień bardzo często przyzwyczajamy się do „normalności”, przeciętności. Chodzimy tymi samym drogami (dosłownie i w przenośni), spotykamy te same osoby, przeżywamy podobne sytuacje. Przyzwyczajamy umysł, ciało, duszę to bliźniaczych wyzwań. A może właśnie tych wyzwań unikamy? Przechodzimy obojętnie. Chcę tutaj wyraźnie zaznaczyć, że nawet, jeśli tak jest – nic nie szkodzi. Nie ma w tym nic złego! Nie krytykuję szeroko rozumianej „akceptacji codzienności”. Ona jest przecież normalna, łatwa, a w naszym „nowoczesnym” społeczeństwie – wręcz wskazana. Co jednak w sytuacji, gdy dni zlewają się ze sobą, przechodzą w tygodnie, tygodnie w miesiące, a miesiące w lata? I tak upływają dekady…

Normalność albo – jeżeli wolicie – przeciętność utożsamiamy z bezpieczeństwem. Jest ułożona. Spokojna. Niczym nas nie zaskoczy. Niektórzy wręcz jej poszukują. I to jest ok. Co jednak, jeżeli w naszym kokonie komfortu zaczyna czegoś brakować? Jeżeli złota klatka zaczyna doskwierać? Kolory świata poza nią stają się coraz bardziej intensywne, nasycone, pełne innej energii. Dźwięki płyną coraz wyraźniej, pociągająco, kojąco. Aż w końcu sami zaczynamy się czuć… nieswojo, nerwowo, tracimy początkowy komfort. Na pozór nic się nie zmieniło, jest tak samo. Ale jednak… Z każdym kolejnym dniem zaczynamy czuć, że coś (jeszcze nie wiemy co), ucieka, pędzi w siną dal jak najszybszy gepard na sawannie. Pozostają tylko tumany kurzu… I pustka. Pewien bliżej nieokreślony brak.

Każdy z nas podczas swojej wędrówki spotyka kamienie milowe. A raczej – sam je tworzy. Miejsca, zdarzenia, ludzi, którzy wywracają nasze życia do góry nogami. Czasami sprawiają wiele bólu. Rzeczy wartościowe rzadko przychodzą bez wysiłku. Chociaż piszę to wyłącznie z własnej praktyki. Mam nadzieję, że macie również inne doświadczenia. Niekiedy owe kamienie, znaki czasów są jednak przyjemne. Inspirujące. Dające nadzieję. Albo po prostu ucinające toksyczną, choć na pozór spokojną, codzienność. Nieważne! Czy są dobre czy złe. Ważne, że niosą zmiany. W dłuższej perspektywie – tak potrzebne zmiany.

Do czego zmierzam? Może dlatego warto czasami zachorować? Zrobić coś irracjonalnego. Bo kto o zdrowych zmysłach z potężną gorączką, wertowałbym Youtube? To naprawdę było głupie. Nielogiczne. Czasami jednak nawet w czymś z pozoru niewłaściwym możemy znaleźć coś wartościowego.

A może nie trzeba chorować? Może wystarczy samo zatrzymanie się? Postój. Oddech. Nawet nie do końca świadomy. Odpoczynek. Zwolnienie. Ładowanie akumulatorów. By dać sobie czas na refleksję. Co Ty na to?

Mnie zainspirowali Andrzej Tucholski i Martyna Wojciechowska. W trochę niecodziennych okolicznościach. Cieszę się z tego niezmiernie i jestem im wdzięczny, ale nie bierzcie ze mnie przykładu. Nie w stu procentach! Nie czekajcie na „specjalne” okazje! Na weekend. „Bo wtedy więcej czasu, to się zastanowię nad sobą”. Na urlop. „Za 4 miesiące bankowo coś zmienię”. Czy jak w moim przypadku – chorobę lub ferie, L-4, cokolwiek.

Rozmawiajcie ze sobą codziennie! Jeżeli życie jest sztuką, Waszą sztuką – troszczcie się o najważniejszą aktorkę, aktora. Bez Was Ten spektakl legnie w gruzach. A nie mamy przecież wielu prób. Każdy z nas ma tylko i aż (!) jedną. Doceńmy to.

Jestem ciekawy, czy Wy też miewacie tego typu „olśnienia”. Celowo nie opisałem, do czego zostałem zainspirowany. Innym razem. Nie o tym jest przecież ta gorączkowa refleksja. Was zachęcam jednak do otwartości. Piszcie śmiało, komentarze są wasze! 🙂

Kanał Andrzeja Tucholskiego: https://www.youtube.com/user/andrzejTucholski

Wywiad z Martyną Wojciechowską:

PS: Jestem „do tyłu” z kilkoma wyprawami. Sprawy prywatne, zawodowe zajmują ostatnio sporo czasu. Myślę, że druga połowa lutego powinna być luźniejsza. A być może choroba doładuje moje akumulatory na tyle, że zbiorę się do czegoś większego na dniach? Do usłyszenia!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s