Tallinn, Helsinki, Ryga, Wilno, 5-10.01.2016

Ostatnio naszła mnie pewna myśl. Największe inspiracje, motywacja, ale i pomysły na pisanie przychodzą do mnie tuż przed snem. Gdy rzucę książkę w kąt, wyłączę komputer, gdy muzyka przestanie grać, gdy zmówię pacierz i położę się. Wtedy, gdy po całym dniu różnej maści intensywności – czas odpocząć, zrelaksować się, odpłynąć.

Tylko wtedy sen nie puka do drzwi. Wtedy „budzę się”. Jak zwierze nocą. Jak wygłodniały lew, który dopiero po zmroku rusza na żer. Myśli wirują, do głowy niczym najostrzejsze strzały wbijają się abstrakcyjne pomysły, przenośnie, figury, metafory. To źle? Nie! W życiu! Dużo z tych rzeczy pamiętam, jeszcze więcej pewnie zapominam. Muszę to jednak usprawnić. Jeszcze nie znalazłem sposobu na rozwiązanie tego, hmm… problemu? Ale spokojnie, wszystko w swoim czasie.

Dlaczego zaczynam tak niecodziennie?

Ano dlatego, bo teraz, gdy siedzę w autokarze PolskiBasDOTcom podczas ośmiogodzinnej podróży powrotnej, nie odmówię sobie napisania kilku zdań. Kilku? Jeżeli ktoś zna mnie ciut lepiej niż jako tako zdaje sobie sprawę, że w słowniku Pana A. nie funkcjonuje wyraz „kilka”.

Te myśli krążą, wirują, płyną z lewa na prawo, z północy na południe, z zachodu na wschód. Czasami myślę, że jest ich za dużo. Nawet dla mnie. Dlatego na samym początku ostrzegałem, że jeżeli ktoś jest uczulony na dłuuugie, subiektywne pieprzenie – niech od razu stąd ucieka. Bo tutaj się pieprzy. Długo, namiętnie (choć nie zawsze). Dlatego też czasami się zastanawiam, czy ktoś jest w stanie w ogóle czytać to wszystko. Iść ze mną prawie za rękę. Po tej zwariowanej, wywróconej czasoprzestrzeni, którą sam odkrywam z dnia na dzień. Która dla mnie jest niewiadomą, przestrzenią, którą trzeba eksplorować, poznawać. Uwielbiam odkrywać.

***

Ten wyjazd był dziwny. Spotkało mnie wiele dobrego. Małe chwile, rzeczy, osoby, które wlewają dużo optymizmu, radości do dzbanka codziennej szarugi. Ostatnio zauważam głównie te drobne sytuacje. Tak subtelne, że niemal niezauważalne. To one dają najwięcej radości. Albo inaczej – wywierają największe emocje, mają najmocniejszy wpływ. Ten pozytywny, jak i negatywny. Detale.

Wyruszyłem we wtorek (5. stycznia), wracam w niedzielę (10. stycznia). W ciągu tych kilku dni udało mi się odwiedzić 4 kraje, w których jeszcze nie byłem. Więcej praktycznych informacji odnośnie Tallinna, Helsinek, Rygi i Wilna, przedstawię na dniach. Dzisiaj na gorąco dzielę się z Wami tym, co gra w duszy.

Uwielbiam takie city breaki! Codziennie dziękuję Bogu za to, że pozwolił mi zbudować życie, które daje możliwość podróżowania. Nie wiem czy to nie jedyna rzecz w życiu, którą mogę uznać za sukces. Mam cichą nadzieję, że nie. Nieprawda! Całym sobą krzyczę, żeby nie była to jedyna rzecz. 🙂

Wracając do podróży. Zmiana perspektywy, poznanie innych mentalności, wyrwanie się ze szponów Warszawy. To wszystko sprawia, że każda kolejna wyprawa jest dla mnie niczym otwarcie ogromnych masywnych wrót. Otwieram je i wchodzę w te nowe światy, miejsca z wręcz dziecinną fantazją, lekkością, może czasami nawet lekkomyślnością. Domyślacie się już? Uwielbiam to! Ta wrodzona zuchwałość, skurwysyństwo, odwaga (a może głupota?) pozwalają przeżywać silniej, mocniej, intensywniej. I wiem. Kiedyś to mnie zaprowadzi na manowce. Ale dla tych wszystkich chwil – warto. Oczywiście nie zawsze jest różowo. Osoby wrażliwe czują mocniej. To nasza zaleta, ale też duże, hmm… urozmaicenie. Tak, nazwijmy to urozmaiceniem życia. 🙂

Litwa, Łotwa i Estonia. Zawsze miałem wrażenie, że to kraje nam bliskie. Chyba podświadomie wpisywałem je i wrzucałem do worka około słowiańskich ziomków. Z drugiej strony – jednak dalekie. 17,5 godziny w busie z Warszawy do Tallinna uświadomiły mi fakt, że 1134 kilometry, jakie dzielą nasze stolice, to nie rzut beretem.

Ludzie są tak różni, tak inni. Nawet, gdy dzieli nas 100 czy 200 kilometrów. Wiem, że to banał, ale gdy doświadczasz tego na własnej skórze – to uderza. I chcesz o tym mówić, pisać. O ludziach wspomnę więcej na dniach. KAŻDA z nowo poznanych nacji jest bowiem inna. Drastycznie.

Wspomniałem o dobru, które mnie spotkało. Pojęcia życzliwości, uśmiechu, ale i refleksji towarzyszyły w różnych proporcjach i konfiguracjach. Dlatego też warto podróżować. Na co dzień nie zwracamy uwagi na to, jakimi szczęściarzami jesteśmy! Nie patrzymy na dobro, które nas dotyka. Pozytywne emocje, uczucia nam powszednieją.

Sam się na tym łapię raz po raz. Podróże nauczyły mnie szanować siebie. Swój świat. Nauczyły kochać, to kim jestem na co dzień. Zajęło to jednak 27 lat. Jeżeli się powtarzam – wybaczcie. W tej kwestii powtórzę się jeszcze choćby 3453453 razy. Bo wiem, że warto.

Jak na osobę ULTRAULTRA zamkniętą w sobie spotykam w miarę sporo osób. W ostatnich dniach poznałem ludzi ze Słowacji, Czech, Rosji, Japonii, Australii, Szkocji, Włoch oraz oczywiście Estonii, Finlandii, Litwy i Łotwy. Poprosiłem setki osób o wykonanie zdjęcia. Minąłem tysiące smutnych i uśmiechniętych twarzy w czterech różnych państwach. Każda jedna interakcja uczy. Mam nadzieję, że nie tylko mnie. Bo inne kultury, różnorodność, inność dają power. Od zamkniętego w sobie surowego Szkota po maksymalnie otwartą, roześmianą i spontaniczną Włoszkę. Od wycofanej Australijki po uśmiechniętą grupę Słowaczek. I tak dalej, i tak dalej. Każdy z nich ma swoje wady, ale i zalety. I właśnie te zalety umykają nam na co dzień. Koncentrujemy się na złych, a nie dobrych rzeczach. Na różnicach, a nie podobieństwach. Tak, podróże kształcą. Tak, doceniajmy to, co mamy. Choćby była to najmniejsza rzecz, najmniejszy ktoś.

***

Przeżyłem dużo. Na zewnątrz i wewnątrz. Bo to była podróż dla mnie. Do mnie. Tysiąc kilometrów od domu, by zbliżyć się do siebie. Poznać. Sprawdzić. Dowiedzieć czegoś nowego. Zweryfikować. Pobyć sam na sam. Przejrzeć. Dostrzec coś, co widoczne dopiero z perspektywy. Nie zrozumcie mnie źle. Nie lubię podróżować samemu. Są niby plusy, ale jednak odkrywanie świata z kimś bliskim jest najcudowniejszą rzeczą, jaką przeżyłem podczas tych 27 lat.

Ta podróż była jednak inna. Moja. Eskapada wgłąb siebie. Nie miałem żadnego planu. Okazała się pełna nauki. Wzruszająca. Z radością i refleksją. Z uśmiechem i łzami. Tak, nie wstydzę się ani jednego ani drugiego. Jeszcze kilka tygodni temu to były łzy bólu, cierpienia. Dzisiaj to łzy wdzięczności, radości. Bo gdy poznajesz samego siebie, gdy spoglądasz sobie prosto w oczy i zaczynasz czuć… prawdziwie czuć… to Twoja największa nagroda. Ale też tylko jedna strona medalu… Nie mniej jednak życzę Wam tylko takich łez.

A.

Edit: w ramach rekompensaty: obszerna relacja foto. Nie oglądajcie na komórkach!

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s