San Marino

 Dzisiejszy dzień przyniósł dużo słońca. Dosłownie i w przenośni. Wewnątrz i na zewnątrz. Do rzeczy!

Wczesna pobudka, bezchmurne niebo, zapach morza zwiastuje coś dobrego. To chyba ma być wyjątkowy dzień. Choćby z tego względu, że w tak małym kraju jeszcze nie byłem. Skoro świt (czyli ziiiiimno) budzę się, rozpościeram kończyny i ruszam. Nietypowo. Bo w bieg. Legginsy (tak, legginsy), trampki (tak, trampki), bluza i lecimy. Półgodzinna przebieżka wzdłuż plaży? Czemu nie? Panie A., zadaj sobie raczej pytanie, a dlaczego dopiero teraz?!?! LENIU! Ostatnie 3 lata to dla mojego organizmu maraton. Ale nie taki, jaki sobie wyobrażacie. Jeżeli dobrze liczę to przez ostatnie 38 miesięcy (!!!) nie robiłem ABSOLUTNIE nic. Czynny sport został wypchnięty z życia przez armię wymówek. A kilogramy brokułów, wołowiny, makaronu razowego, orzechów zastąpione tonami śmieciowego jedzenia. Praca, obowiązki, brak czasu, wrastajacy paznokieć (to akurat w miarę obiektywny powód; nie polecam!). Bla, bla, bla. Bullshit. Czas na zmianę! Ale taką realną, słowa się nie liczą. Nawet kilkudniowy wyjazd nie uprawnia do taryfy ulgowej.

Po prysznicu ruszam w dalszą drogę. Bus na trasie Rimini-San Marino to koszt 5 EUR w jedną stronę. Pierwszy przystanek znajduje się vis a vis dworca kolejowego, przy Burger Kingu. To się nazywa znak czasów. Kiedyś dzień pewnie zacząłbym od tej „restauracji”, a nie kilkudziesięciu minut treningu.

Jedziemy godzinę. Po drodze górzyste widoki i… nic ciekawszego. Przynajmniej dla mojego wymagającego oka. Potężny autobus dojeżdża do najstarszej części SM. Miasteczko jest tak małe, że spokojnie można przejść je całe w godzinę, półtorej (nie jestem wielkim fanem muzeów). Gdybym był tutaj pół roku temu tyle też czasu poświęciłbym na San Marino. Dlaczego o tym wspominam? Jako osoba kąpana w niesamowicie gorącej wodzie – jestem turystą ekspresowym. Tfu, byłem. Odkąd los dał mi pstryczka (tzn. fangę!) w nos – zrewidowałem swoje podejście. Na wszystkich ostatnich wyjazdach staram się zwolnić, pooddychać, okiełznać swój ognisty temperament. Co dziwne, za każdym razem mi się to udaje! Do tej pory było to jednak machinalne. A dzisiaj? Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale spacerowałem wąskimi uliczkami tego górskiego (chyba tak) miasteczka przez 4 godziny bez cienia nudy, pośpiechu czy stresu. Co za tym stoi? Magiczna muzyka płynąca z głośników, wyrobiony nawyk, a może emocje ostatnich dni/tygodni? Jestem zbyt podekscytowany by rozbijać to osiągnięcie na czynniki pierwsze. Udało się! Zwolniłem! I to nie tylko siebie z pracy. Bajeczne uczucie… Gdy idziesz krok po kroku. Delektujesz się każdą mikrosekundą. Zapominasz o świecie zewnętrznym. Nie patrzysz w aparat, telefon. NIGDZIE się nie spieszysz. Jeżeli odjedzie jeden autobus to przecież za chwilę zastąpi go następny. Nic się nie stanie, jeżeli usiądziesz na schodach i poobserwujesz spacerujące wokół Ciebie gołębie. Naprawdę będzie ok, gdy staniesz na skraju punktu widokowego, zamkniesz oczy i pozwolisz promieniom słonecznym ogrzewać Twoją twarz. Jesteś tylko Ty i to miejsce… Przestałem biec, pędzić. Dwadzieścia kilka lat… tyle zajęło mi osiągnięcie tego stanu. A ileż razy proszono mnie, błagano wręcz bym do niego dojrzał? Musiałem upaść na dno, by powstać… i dopiero teraz dotknąć normalności. Pamiętacie? U mnie zawsze jest na odwrót. A może już nie wszystko?

San Marino jest inne niż zatłoczone pełne turystów Bolonia czy Rimini. Oczywiście ci też są tutaj obecni (Rosjanie – checked, Chinole – checked), natomiast nie stwarzają atmosfery przytłoczenia. Być może dlatego tak miło spędzam tutaj czas. Totalny luz, chillout, kojąca atmosfera świąt, którą czuję nawet ja. Mamy (tak, my wszyscy, którzy odwiedzili dzisiaj enklawę San Marino) szczęscie. Absolutny brak mgły sprawia, że można delektować się piękną panoramą. Do tego słońce. Afrodyzjak. Zaraz po uśmiechu ukochanej osoby – największy na świecie. Ucieczka z Polski na południe zawsze, ale to zawsze (nawet w grudniu), jest warta tych choćby kilku promieni. To wszystko sprawia, że każda chwila staje się łatwiejsza.

Po godzinie 13 wyjeżdżam w kierunku Rimini, gdzie sprawnie przesiadam się w pociąg regionalny do Piacenzy. Wysiadam oczywiście na stacji Bolonia Centrale. Reasumując, żeby z centrum La Grassa, jak określana jest ojczyzna pewnego znanego sosu do makaronów, odwiedzić San Marino kupujemy 2 bilety kolejowe (9,5 EUR każdy) oraz 2 autobusowe (5 EUR każdy). Łącznie 28 EUR.

Starym zwyczajem już wczoraj na lotnisku chwyciłem mapę miasta. Po wyjściu z dworca kieruję się zatem z pełną świadomością na południe, Aleją Niepodległości. Z racji późnej godziny rzutem na taśmę udaje mi się wejść na wieżę Asinelli (97,2 m wysokości i 3 EUR). Bez wątpienia jestem fanem wszelkich panoram miast. Ta bolońska jest ładna, ale czterech liter nie urywa. Nie mniej jednak nie mogłem odmówić sobie tejże przyjemności.

Bolonia jest pełna turystów. A może to mieszkańcy? Kocham Włochy za to, że tutaj wszyscy ludzie tworzą jedną społeczność. Nie zwiedziłem tego kraju wzdłuż i wszerz, ale w każdym ich mieście czuję się co najmniej dobrze. A jakie jest „czerwone miasto”? Dla mnie La Grassa to miasto kościołów. Może nie spektakularnych świątyń (chociaż bazyliki są ładne), ale takich miejsc, które zapamiętam przede wszystkim… ze spędzonego w nich czasu. Jak to dobrze, że trafiłem do katolickiego kraju! Swoją drogą… dzisiaj więcej czasu spędzam w kościołach, na modlitwie niż na robieniu zdjęć (ah, Mama byłaby dumna). Myślę nawet o tym, żeby po roku pójść do spowiedzi. W jednej sekundzie w głowie pojawia się szalony pomysł znalezienia polskiego księdza. Traf chce, że w jednej z bazylik trwają uroczystości święceń biskupich (a może kardynalskich?). Idę do pierwszej z brzegu siostry zakonnej i pytam czy mówi po angielsku albo hiszpańsku. Nie mówi, ale podchodzimy 5 metrów dalej do trojga jej znajomych. Próbuję dogadać się po hiszpańsku, pada magiczne słowo „polaco”. Okazuje się, że jedna z tych trzech pań to Polka. Księdza nie znajduję, ale takie małe rzeczy, gdy w tłumie tysięcy ludzi (tak, tak, Włosi bawią się na bogato) za pierwszym razem trafiasz na rodaka, zawsze sprawiają, że uśmiecham się szerzej.

Wracając do zdjęć. Tych też mam rekordowo mało. Kolejny znak czasów? A może dowód na pewną wyjątkowość tej eskapady?

Spacer starówką, mniej uczęszczanymi uliczkami oraz takimi, gdzie próżno szukać żywej duszy. Dzień kończę w centrum miasta. Na piętrowym łóżku w hostelu. Priorytet: lokalizacja. Z plecakiem przy głowie, bo do swojego bagażu nie zapakowałem kłódki, a wszystkie sklepy z takimi rzeczami są już zamknięte. Świeża pościel, nieświeże ciało. Ogrzewanie centralne – jest dobrze. Po kilkunastu godzinach ruchu, silnych emocji, ale i poniekąd kojących zdarzeń, czuję, jak powieki składają się niczym 2 połówki orzecha. Z mrużącymi oczami kończę pisać, to co właśnie czytasz i kładę się.

To niesamowite uczucie, gdy bliska osoba otrzymuje od życia mocny sierpowy, za chwilę kolejny i… mimo wszystko stoi. Ba, prostuje się! Wypina pierś do przodu i idzie po swoje. Bierze los we własne ręcę i mknie ku górze. Nie chcę brzmieć jak Paola Coelho (ciao Italia!), ale warto obudzić w sobie pasję. A później ją pielęgnować. Bo niby zawsze można odbudować silne uczucie. Jednak nie każdemu starczy sił i wytrwałości by o nie zawalczyć. Ale walczyć warto. ZAWSZE.

I właśnie tylko dla tej jednej rzeczy warto było spędzić czas w „kościołach”. I chyba właśnie dlatego ten dzień przyniósł tyle słońca.

A.

12346443_900094650098737_2175723061416690914_n

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s