Gdybym zaczął pisać ten post, gdy wstałem skoro świt, pomyślelibyście, że zanim przeczyta go 5 osób, popełnię samobójstwo. Gdybym pisał to w okolicach godziny 11, gdy przygotowywałem się do kolejnych dni – moglibyście mieć wrażenie, że złapałem Pana Boga za nogi. A teraz?

Prawda jest taka, że czuję się jak na huśtawce. Zupełnie takiej, na jakiej każdy z nas bawił się za młodu. Prosta konstrukcja, mniej lub bardziej wygodne drewniane siedzenie, drobne, ale mocarne łańcuchy, których trzymamy się kurczowo by nie dać ponieść się grawitacji. Właśnie siedzę na identycznym ustrojstwie. Z tą małą różnicą, że ciut większym. Szczerze mówiąc, jest tak przeolbrzymia, że nie jestem w stanie ogarnąć całej wzrokiem. Gdy frunę wysoko, na jednym końcu i już czuję, że wylecę w przestworza – wracam…Przez środek… spokojniej… szybko, ale bliżej ziemi… na drugi biegun. Z piekła do nieba. Ze środka oceanu na bezkres pustyni. Z kazachskiego stepu na 52. piętro apartamentowca w centrum Dubaju. To na swój sposób niesamowite. Lub raczej – chore.

Takie są nie tylko ostatnie tygodnie, ale też dni. To dziwne bo zazwyczaj najbardziej boleśnie powinno być na początku. Dziwi was to? Mnie nie. U mnie ZAWSZE jest na odwrót.

Jestem w „drodze” do jednego z ciekawszych państw, jakie do tej pory odwiedziłem. W planach jest też jeden nowy kraj. Dlaczego o tym piszę? Ponoć podróże pozwalają zapomnieć o problemach świata doczesnego. Wyrwać się z bezdusznego miast, gdzie Polak Polakowi Polakiem. Gdzie uśmiech jest tak samo powszechny, jak lód w piekle. Które od czasu do czasu niemal każdego potrafi przytłoczyć swoim cieniem lub blaskiem.

U mnie zawsze jest na odwrót. Uwielbiam latać wpatrzony w chmury. Gdy małe okienko samolotu otwiera przed nami przestworza. Z myślami… Sam na sam. Albo z muzyką przeszywającą na wskroś. Tak jest też teraz. I choć to kolejna eskapada… tym razem nie czuję. Nie czuję nic. Nie w takim wymiarze, w jakim jestem do tego przyzwyczajony. A może czuję za dużo tylko to wszystko chowam? Czy teraz jestem ekstrawertykiem czy wróciłem do błogiego królestwa introwertyków? To na swój sposób niesamowite. Przepraszam – chore.

Huśtawka przesuwa się w stronę piekła. Ba, w zasadzie jestem przede wszystkim tam. I chciałbym napisać populistycznie – podróż wyrwała mnie z kokonu bólu, cierpienia i braku nadziei. Ale nie mogę. Nie chcę. Udawanie nie jest w moim stylu. Po kilku(-nastu, -dziesięciu) dniach marazmu zobaczyłem jednak światło w tunelu. Światełko. Mikropromień. Były i wcześniej. Równie mizerne i delikatne. Ale dobre i to. Jestem silny. Przynajmniej tak sobie powtarzam. Daję radę sam. Tutaj pełna zgoda. Wiem, nie jest to najrozsądniejsze podejście. Ale gdy tracisz jedyną miłość – Twoje życie przechodzi metamorfozę. Wpadasz na karuzelę… albo huśtawkę.

PS: Odwiedziłem kilkadziesiąt Państw na 5 kontynentach. Jadąc na lotnisko uświadomiłem sobie, że pierwszy raz w życiu (!) zapomniałem długopisu i czystych kartek. Jest to o tyle dziwne, że zawsze od nich zaczynam pakowanie. Znak czasów? A może symbol zmian? Pewna osoba powiedziała kiedyś, że nie wierzy w to, że ludzie potrafią się zmieniać. Jakże naiwnym byłoby próbowanie uświadamiać ją, iż to jednak możliwe. Wszak parafrazując: im mniej wiesz, tym dłużej śpisz. W dodatku w wygodnym łóżku, a nie na huśtawce mokrej od deszczu… i łez.

A.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s